Sylwia Hazboun / Syria

19-letni Bert mieszka w dzielnicy al-Maydan w Aleppo razem ze swoimi rodzicami – ojcem Krikorem i mamą Sonik. Są jedną z kilku tysięcy rodzin korzystających z pomocy w ramach programu Rodzina Rodzinie.

Przed wojną rodzina żyła spokojnie i mogła utrzymać się bez problemów. Krikor pracował w warsztacie samochodowym oraz w sklepie z częściami samochodowymi w dzielnicy Bustan al-Basha w Aleppo. Krikor wiele podróżował, w tym także po Europie.

Syn Krikora, Bert, od dziecka uwielbiał sport – pływanie oraz piłkę nożną. Kiedyś udało mu się nawet wyjechać z grupą harcerzy na konkurs piłkarski do Armenii. Miał wtedy 12 lat.

To wszystko skończyło się w 2012 roku, kiedy trwająca od roku wojna dotarła do Aleppo.

4 października 2012 roku o 23:00

Nigdy nie zapomną tamtego dnia. 12-letni Bert właśnie wrócił z Armenii, podekscytowany sportową przygodą. Dowiedział się o śmierci jednego z członków rodziny swojego przyjaciela ze szkoły i postanowił do niego zadzwonić, aby porozmawiać z nim chwilę i podnieść go na duchu. Zasięg telefoniczny ciągle się urywał, a więc Bert skierował się na balkon próbując nawiązać połączenie. To właśnie wtedy na przeciwległy budynek spadły pociski. Odłamki raniły chłopca.

– Czułem się, jakby coś gorącego spadło na moje nogi – powiedział.

Bert był jednak po prostu ranny. Przerażeni rodzice wynieśli go z budynku prosząc sąsiadów o podwiezienie do najbliższego szpitala. Nie można było zadzwonić po karetkę – nie funkcjonowały. Jeden z sąsiadów posiadał większy samochód. Kilka osób zaczęło przynosić do niego rannych, aby dalej odwieźć ich do szpitala. Niektóre z osób przynoszonych do samochodu były już jednak martwe. Tamten dzień był ogromną traumą dla 12-letniego chłopca.

– To był jednak dopiero początek naszego dramatu – powiedział Krikor. – Kiedy tylko dotarliśmy do szpitala, wszyscy lekarze zalecali amputację obu nóg – jedną nad kostką, a drugą nad kolanem. Bert okropnie płakał z bólu i przerażenia. Nie chcieliśmy dopuścić do amputacji. Przez całą noc tułaliśmy się po kilku szpitalach błagając o pomoc. Jeden z lekarzy powiedział, że Bert musi natychmiastowo jechać do Damaszku, tylko tam miałby szansę na uratowanie nóg. Nie mieliśmy na to wszystko pieniędzy. Dopiero w ostatnim szpitalu lekarz postanowił podjąć próbę zoperowania nóg. Operacja  trwała 7 godzin. Po jej zakończeniu lekarz powiedział, że konieczne będą kolejne.

Obie nogi udało się uratować. Po 6 miesiącach pojawił się jednak zator. Wówczas w Aleppo nie było już żadnego lekarza, który potrafiłby pomóc. Ten, który operował Berta pół roku wcześniej, wyjechał z powodu pogróżek, jakie kierowały do niego uzbrojone bojówki. Jedyną pomoc zaoferował pielęgniarz, który sam przyjechał do Aleppo uciekając przed walkami w mieście al-Hasaka. Bert potrzebował jednak dużo czasu i cierpliwości, aby wyzdrowieć.

Przez kolejny rok Bert nie mógł stawać na nogi. Przeniesiono go z jego sypialni do salonu, gdyż to pomieszczenie było mniej narażone na pociski. Przyjaciele nie mogli go odwiedzać – dzielnica była wówczas bardzo niebezpieczna. Jedynie 3 znajomych mieszkających nieopodal czasami odwiedzało Berta.

– Na nasz dom łącznie spadło 7 pocisków – mówi Krikor. – Po kilku miesiącach rany Berta nadal były niezagojone. W lecie było ogromne ryzyko wystąpienia zapalenia z powodu upałów. Nie mieliśmy klimatyzacji, a nawet gdybyśmy ją mieli, to w całym mieście i tak nie było prądu. W gorące noce zmienialiśmy się z żoną i czuwaliśmy nad łóżkiem syna wachlując jego nogi, by nie wdało się zapalenie. Byliśmy gotowi zrobić wszystko, by mu pomóc.

Po kilku latach Bert znów może chodzić. O uprawianiu sportu może jednak zapomnieć. Życie już w niczym nie przypomina tego sprzed wojny. Wielu z przyjaciół Berta wyjechało w poszukiwaniu lepszej przyszłości w Europie lub w Kanadzie. Każdy większy wysiłek sprawia, że rośnie ryzyko utraty nogi. Jak dotąd żadna z organizacji pomocowych nie miała możliwości wesprzeć Berta w sfinansowaniu koniecznej operacji, która pomogłaby mu w pełni uratować nogę. Jest bardzo kosztowna – potrzebne byłoby 30 tysięcy złotych.

– Powiedziano mi, że uznają taką operację za operację plastyczną – mówi Bert. Jego oczy są pełne łez. Decyduje się pokazać swoją okaleczoną nogę, której brakuje kawałka mięśnia – To ma być „operacja plastyczna”? – pyta retorycznie.

Niepokój o jutro

Dla rodziny to wszystko to nie koniec zmartwień. Już na początku wojny Krikor stracił pracę w warsztacie samochodowym. Przedsiębiorstwa padały wtedy jedno za drugim. Podjął dorywczą pracę w domu parafialnym w kościele ormiańsko-prawosławnym. W 2016 również został ranny w wyniku spadających w pobliży pocisków. Nie poniósł jednak tak rozległych obrażeń, jak jego syn.

Rodzina nie zaprzestała jednak wspierać syna w nauce. Pragnęli, by kontynuował ją jak tylko będzie mógł poruszać się, choćby o lasce. Pomimo przerwy w nauce, udało mu się zdać maturę z bardzo dobrym wynikiem. Marzy o dalszej nauce na uniwersytecie lub o przebyciu kursu zawodowego w zawodzie kucharza. Przez jakiś czas podejmował pracę w restauracji, jednak nie dawał rady pracować dłużej niż 4 godziny dziennie.

Dziś rodzina korzysta z pomocy w ramach programu Rodzina Rodzinie. Ta pomoc przynosi im ulgę w codziennych wydatkach, w tym w częściowej spłacie kredytu hipotecznego w banku. Stale podejmują również wszelkie oferty pracy. Pomimo wszelkich trudności starają się mieć nadzieję. Nie wyobrażają sobie opuszczenia swojego kraju, czy miasta, a nawet rodzinnego domu. Pomaga im znak solidarności, jaki otrzymują od polskich rodzin, które postanowiły otworzyć swoje serca na pomoc Syryjczykom.

 

Rodzina Berta jest jedną z kilku tysięcy rodzin korzystających z programu Rodzina Rodzinie.

  • Obejmij konkretną rodzinę patronatem na okres 12 miesięcy
  • wyślij SMS o treści RODZINA na nr 72 052 (koszt 2,46 zł z VAT)